Koszyk

produktów: 0

wartość: 0,00 zł

przejdź do koszyka »

Zaloguj się

Newsletter

Podaj swój adres e-mail, jeżeli chcesz otrzymywać informacje o nowościach i promocjach.

Konkurs

  konkurs  Szanowni Czytelnicy, wraz z Autorem ogłaszamy konkurs pod nazwą „Doświadczenie zmiany”. Zachęcamy do napisania swojej historii o tym, jak książki „Diagnostyka karmy” zmieniły Wasze życie, zdrowie, charakter i światopogląd. Najciekawsze historie będziemy publikować na naszej stronie i nagradzać najnowszymi książkami lub płytami do wyboru. Listy prosimy wysyłać na adres mail: biuro@diagnostykakarmy.pl

 1

1

1

 ***

    Diagnostyka karmy cz.1 wpadła mi w ręce w 2014 roku, stała na półce miejsca, gdzie zaczęłam chodzić na jogę. Czekałam na zajęcia i jak tylko przeczytałam wstęp, poprosiłam o wypożyczenie. Pochłonęłam ją w momencie. Wszystko co opisuje Siergiej Łazariew zgadza się, skłania do zastanowienia się nad sobą i otwarcia oczu na świat. Po paru miesiącach zauważyłam, że moja praca nad sobą przynosi rezultaty. Nie było to może uderzające jak np: że wyleczyłam się z raka. Ale zauważalne dla mnie i najbliższych.
    Po przeczytaniu "Diagnostyki" zaczęłam ludzi traktować z miłością, tych którzy mnie denerwowali i ich nie lubiłam również, uśmiechałam się okazywałam cierpliwość i szacunek. Zaakceptowałam ułomności i zachowania moich najbliższych te co doprowadzały mnie do szału. Zaczęłam więcej się modlić, przyjmować to co dostaję każdego dnia z pokorą. Zaakceptowałam plan Boży. Przyglądałam się sobie zobaczyłam ,że mam dużo cech i zachować, które muszę zmienić, bo szkodzę sobie i najbliższym. I nagle zauważyłam, że moje relacje z matką są dobre z teściową również dogadujemy się świetnie, mąż mnie chwali, że lepiej się ze mną żyje, przestałam robić wykłady i być najmądrzejsza.
    W pracy również na lepsze ,wreszcie zostałam doceniona i dostałam największą podwyżkę. Sytuacja finansowa, zmienia się powoli na lepsze, wreszcie zrealizowałam wyjazd zagraniczny, który planowałam od dawna.
     Zdrowie mi dopisuje, pod każdym względem, nie chorowałam całą zimę, gdzie wcześniej ciągle miałam problemy. Stany depresyjne, które mnie dopadały co jakiś czas zniknęły.
    Nic nie dzieje się bez przyczyny, czyli musiała mi ta książka wpaść w ręce i bardzo się cieszę, bo zobaczyłam to czego wcześniej nie zauważałam .Przeczytałam 4 książki z serii i na tym nie poprzestanę i nad zmianą charakteru również.

Ilona B.

***

 Miłością ku Miłości

  Kilka lat temu przytrafiło mi się coś banalnego. Trywialnego. Coś, co zdarza się wszędzie, codziennie, większości ludzi - zakochałam się. Wcześniej byłam w kilku poważnych związkach. Zawsze wszystko zaczynało się od przyjaźni. Rozwijały stopniowo. Było stabilnie. Z perspektywy czasu uważam je za dobre. Można określić je za dobre. Po prostu, w pewnym momencie nie można było dalej iść razem. Ale pozostawał wzajemny szacunek i dobre wspomnienia.

Tym razem było inaczej.. Pokochałam nagle, mocno. I bardzo nieszczęśliwie.

On wiedział, jak wielki ma na mnie wpływ i chętnie to wykorzystywał. Cała sytuacja zdawała się go bawić. Nie pozwalał odejść, mimo że nie chciał tworzyć ze mną związku. Po każdym rozstaniu wracał, by dręczyć. A ja dawałam nam kolejną szansę, łudząc się, że tym razem wszystko się zmieni - jeżeli tylko będę dostatecznie cierpliwa. Zmieniało się, owszem. Spłodził dziecko (nie ze mną), a potem się ożenił. Zamilkł na długo. Po ponad roku zaproponował kontynuowanie znajomości, ale już na innych, jasno określonych zasadach. Ja miałam być tą trzecią, zaspokajając nie działającą jak należy, jego zdaniem sferę seksualną, a on pozostanie mężem i ojcem. Oczywiście całą sytuację będziemy utrzymywać w tajemnicy. Ot, banał, jakich wiele.

Czy warto o tym pisać? O czymś tak trywialnym?

No ale banalny, szklany słój jest całym światem dla złotej rybki. Nawet jak ma przeczucie istnienia oceanu. Albo tylko pragnienie, by ten ocean istniał. Widzę teraz, że w dodatku byłam taką rybką, która oczekiwała że to jej życzenia będą spełnione. Inaczej niż bajkowa złota rybka.

Wiedziałam, że to uczucie bez przyszłości, dlatego walczyłam z nim przez kolejne kilka lat. Przeczytałam tony poradników. Wysłuchałam setek wykładów o rozwoju duchowym. Medytowałam. Wytrwale rozpuszczałam ego – praprzyczynę moich problemów.

Mocno zaangażowałam się w prace zawodową. Znalazłam kilka pochłaniających czas zainteresowań. Dbałam o siebie, wychodziłam do ludzi. „Nie ten, będzie inny. Porażka to początek sukcesu. Poznaj kogoś, daj sobie szansę” – powtarzałam jak mantrę.

Chwilami to nawet działało. Było fajnie, kiedy piłam wino z nowo poznanym facetem. Czułam się atrakcyjna, błyszczałam i wtedy wydawało mi się, że będzie dobrze. Niestety, tylko łudziłam się. Kochałam nadal - i nienawidziłam.

Okresy względnego wyciszenia przeplatane były atakami takiego żalu, że miałam chęć wyrwać z siebie to durnowate serce, źródło cierpienia.

Pamiętam dzień, kiedy poczułam, że dłużej nie jestem w stanie tak funkcjonować. Było to po kolejnym naszym powrocie/rozstaniu. Upokorzona, szłam pustą ulicą, a deszcz zalewał mi twarz. Parasol gdzieś się zgubił, ale nie dbałam o to. Ból wypełniał każdą komórkę, paraliżował myśli, odbierał wolę działania. Bo o jakim działaniu mogła tu być mowa, skoro gęsty, lepki niczym smoła smutek wypełniał duszę, stopniowo zalewając resztki światła, które z trudem, ale jakoś tam się przez te wszystkie lata tliło.

 „Psychoterapeuta – nagła myśl – najwyższy na to czas. Musi być ktoś, kto mi pomoże. Są tacy - przestanie boleć, wszystko się wyprostuje. Istnieją takie terapie”. Ale  natychmiast uświadomiłam sobie absurd takiego pomysłu. Nie ma nikogo, kto mnie wyleczy. Żaden człowiek nie ma takiej mocy. To tylko samooszukiwanie się. Nie ma żadnego healera cudotwórcy. Wszystko zatem pozostanie bez zmian, a ja już zawsze będę nieszczęśliwa.

I tak szłam sobie ulicą, szlochając. Łudząc się, że deszcz maskuje rozpacz małej, skrzywdzonej dziewczynki. Którą tak naprawdę byłam – mimo wieku, wykształcenia, jakiegoś tam bagażu doświadczeń, przemyśleń.

 Książki Siergieja Łazariewa poleciła mi znajoma. Początkowo odniosłam się do jego teorii sceptycznie – jakieś tam energie, pola, psychotronika. No i Rosja. Od razu przypomniał mi się Kaszpirowski i jego uzdrawianie telewizyjne. Rozbawiło mnie ostrzeżenie na okładce – że jest to książka o wielkiej gęstości informacyjnej i powoduje daleko idące zmiany. Jednak zaczęłam czytać. Zaczęłam i nie przestałam. Pierwszy tom, drugi, trzeci…Do dziesiątego włącznie.

Powiem krótko – są to książki niebezpieczne. Bo to, z czego człowiek zachodu jest tak dumny, czyli indywidualizm, okazuje się po pewnym czasie strzępkiem bez żadnej wartości, prowadzącą do nieszczęścia toksyną – o ile indywidualizm ten nie służy dobru innych. Do takiego rozumienia świata prowadzi p. Siergiej. Jak on to robi?

Sobą. Pisze o sobie, o swoich doznaniach, doświadczeniach. W tym, moim zdaniem, tkwi moc oddziaływania jego książek. Czy mówi coś nowego, co nie zostało powiedziane wcześniej, przez nauczycieli wszystkich ważniejszych systemów religijnych i filozoficznych? Nie. Bo wszyscy oni mówią o jednym – człowiek nie istnieje sam – jest częścią olbrzymiego organizmu. Jest wszystkim i tworzy wszystko, zatem szczytem aroganckiej doprawdy głupoty jest oddzielanie się od tej wielkiej Całości.

Siergiej Łazariew przeszedł długą drogę – od pracy z energiami, pojmowania świata w sensie wzajemnie przenikających się pól, które można kształtować, na które można wpływać – do czystej Miłości. Od spełniania życzeń, bo pragnienie zdrowia, dobrego związku, dostatku są takimi życzeniami – do najgłębszej myśli kiedykolwiek wypowiedzianej – „Bądź wola Twoja”.

Po czasie zrozumiałam, że przydarzyło mi się to, co kalekiemu żebrakowi z Dziejów Apostolskich. Siedział na progu świątyni i prosił o jałmużnę. Nawet mu na myśl nie przyszło, że mógłby chcieć czegoś więcej. A Apostołowie, wychodząc ze świątyni, uzdrowili go. Ja jestem tym uzdrowionym żebrakiem.

Latami odrzucałam chrześcijaństwo. Nie uważałam go za inspirujące – mądre i skuteczne wydawały mi się praktyki buddyjskie. Nadal uważam, że te wykształcone przez tysiące lat techniki są dobre i prowadzą ku dobru najwyższemu. Ale może nie każdego i nie w każdym momencie. Jak jeden z mistrzów hinduistycznych powiedział - „coś może być mądre, ale niepraktyczne”. Co mi po mądrości, skoro nie umiałam kochać bezinteresownie? Czyli – jak teraz to widzę - nie umiałam kochać wcale.

„Bóg komunikuje się z nami za pomocą Miłości. Dlatego nie wolno w jakikolwiek sposób jej ograniczać” – napisał Łazariew. A więc nie tylko nie muszę, nawet nie wolno mi walczyć z tą miłością. Wtedy poczułam wyzwolenie olbrzymiej ilości energii; ciepłej, spokojnej, dobrej. Pomyślałam sobie, jak wspaniałe mogłoby być życie, gdybym mogła każdego człowieka kochać w taki sam sposób jak kocham tego mężczyznę – bez oczekiwania na wzajemność, na cokolwiek.. Bo co mi tak naprawdę przeszkadza, by tak właśnie żyć? Oczekiwania i przywiązanie do nich. Tylko one.

„Boże, wybacz im, bo nie wiedzą co czynią” – powiedział Jezus idąc na śmierć. To kolejny obraz, roztrzaskujący fałszywe iluzje ego. Czym są „nieszczęścia”, czym są problemy powodowane przez innych, w konfrontacji z tym obrazem?

Zrozumiałam, że w moim przypadku abstrakcyjne techniki medytacyjnego „rozpuszczania” czegokolwiek nie działają. Jestem emocjonalna, myślę emocjami, dlatego takim językiem potrafię się komunikować. I w taki sposób Łazariew prowadzi czytelnika – miłością ku Miłości.

Jeszcze kilka lat temu jechałabym na seminarium z intencją, by prosić p. Siergieja o masę, masę rzeczy. Teraz jadę, by po prostu swoją obecnością Mu podziękować. Ja nie mam próśb. „Bądź wola Twoja”, to powtarzam sobie w myślach i to mi wystarczy.

Tak, jak jest – jest dobrze. Widzę to na każdym kroku. Ludzie mi bliscy wyciszają się, ich życie, los zaczyna się układać. Osoby wcześniej agresywne uspokajają się. Rozmawiając z nimi coraz częściej potrafię znaleźć właściwe, mam nadzieję że tak jest naprawdę, słowa. Mam wrażenie, że „mnie” jest coraz mniej, że coraz bardziej wzrastam ku temu, co Prawdziwe. Akceptuję nowe sytuacje, ale i aktywnie buduję zmieniam świat wokół siebie.

Rozumiem też rolę w tym wszystkim mojego Ukochanego.  On nadal krąży w pobliżu. Jest nieszczęśliwy, próbuje angażować mnie w trudne sytuacje, którą sam stwarza. Ale to, że go kocham, nie oznacza spełniania jego zachcianek. Pozwalając mu na instrumentalne traktowanie siebie, bardzo bym mu szkodziła. Utwierdziłabym go w przekonaniu, że to co on robi jest właściwe i usprawiedliwione. Nie unikam rozmów, gdy o to prosi, spotykam się z nim – ale nie przekraczam granicy intymności. On nadal, niekiedy, reaguje w sposób nieprzemyślany, próbuje mnie obrazić. Ale ja wiem, dlaczego to robi. Wiem też, że to ode mnie zależy, czy dam się sprowokować, czy nie.

Niby proste – ale tak trudno było mi to tak naprawdę, dogłębnie zrozumieć i stosować w praktyce. Umieć okazać spokój, łagodność, ale i stanowczość. Mimo zaczepek i nierozsądnych wypowiedzi. Czy będziemy razem? Tego nie wiem. Chcę, żeby działo się to, co najlepsze – dla mnie i wszystkich ludzi w jakikolwiek sposób ze mną związanych. Tak będzie, wierzę w to.  Ale nie mnie decydować, co i kiedy się wydarzy.

Agnieszka W.

***

Diagnostyka karmy obijała mi się o uszy już od wielu lat, przy różnych okazjach, ale dopiero w zeszłym roku doścignęła mnie na tyle skutecznie, że:

Przeczytałam...

 Zachłysnęłam się...

 Wylane zostały nowe fundamenty...

 Moja soczewka oka inaczej patrzy już na świat i jego problemy. Ludzka śmierć przestała być dla mnie tragedią ale zakończeniem jednego z wielu etapów rozwoju duszy. We wszystkim staram się odnaleźć lekcję, którą moja dusza ma odebrać, aby wzrosła. Uświadomiłam sobie, że karma to również część jakiejś drogi i że chcę wyjść z tego kołowrotka... Chciałabym dojść do momentu w którym będę potrafiła na wszystko reagować miłością... ale widzę jak moje „akumulatory” miłości są słabe a zamiast harmonii wewnątrz, trzęsę się jak osika na wietrze ze strachu.

 Pierwszą lekcją jaką odebrałam, było przyjęcie do wiadomości, że wszystko co mi się przytrafia jest wolą Boga i dzieje się to dla mojego najwyższego dobra. Jeżeli mnie okradną, to mam okazać Bogu wdzięczność za uwolnienie mnie od czegoś co psuło moją duszę. Tego uczę się każdego dnia, aby uwolnić się od przywiązań do rzeczy materialnych, ludzi oraz ideałów. Lekcje są trudne, czasami upokarzające ale wiem, co mam teraz robić... wybaczać a nie obrażać się... zachować pokorę a nie atakować... a nade wszystko, po prostu pomodlić się i zaufać Bogu :)

 Wiedza, którą pozyskałam dzięki diagnostyce karmy, stała się tak dominująca w moim życiu, że wylała się jak fundament dla domu... Niedawno zaś uświadomiłam sobie, że to nie jest fundament z solidnego betonu, lecz jest jak woda: bez granic, bez kształtu i cały czas się zmieniają - tak jak Ja - i podoba mi się to :). Zrozumiałam, że wcześniej, fundamentem było dla mnie życie w usztywnionej strukturze, czyli raz wykreowany zarys szczęścia, miłości, idealnej pracy, związku czy przyjaźni nie mógł być zmieniony przez nikogo. Teraz widzę takie usztywnienie jako cierpiącą duszę, która przywarła do drugiego człowieka/ przedmiotu/ ideału. Idąc dalej tym tropem, uświadomiłam sobie, że nie istnieje coś takiego jak zapuszczanie korzeni tu na ziemi a wręcz przeciwnie, powinniśmy uwolnić się od niej i pozwolić duszy wznieść się...

 Pewnego dnia, w rozmowie z uzdrowicielem duchowym usłyszałam - to co robisz jest mistrzostwem... a ja jedyną rzecz jaką robiłam w tamtym czasie, było czytanie książek Łazariewa :)... Po ich przeczytaniu zmieniła się tylko jedna sfera mojego życia – rozpoczęłam dialog z Bogiem :) reszta zaś, to pochodna tej rozmowy.

 Serdecznie pozdrawiam,

 Małgorzata

***

Chcę się podzielić z Wami moją historią, jak część I trafiła w moje ręce i jak się po części zmieniło a po części utwierdziło moje postrzeganie świata.

Od dziecka interesowały mnie rzeczy i zdarzenia, które gdy się im głębiej przyjrzeć, nie mają z punktu widzenia naukowców racjonalistów logicznego wytłumaczenia. Czułem wewnątrz siebie, że to co nam się serwuje poprzez naukę w szkołach i w mediach odbiega bardzo daleko od rzeczywistości. Jednak musiało minąć bardzo wiele lat bym zaczął dzielić się publicznie swoimi spostrzeżeniami. W połowie stycznia 2011, opublikowałem swój pierwszy artykuł na www.interia360.pl. Spodobał się on redakcji i zostałem nagrodzony książką i płytą, które otrzymałem mniej więcej w połowie lutego. Jednak książkę, którą była część I "Diagnostyki karmy" wziąłem do ręki (dosłownie i w przenośni) dopiero po kilku miesiącach. Przez ten czas, książka sobie leżała spokojnie na półce a ja przeczytałem sporo w internecie o rozwoju świadomości, o bioenergoterapii (sam amatorsko zajmuję się leczeniem rodziny i znajomych z całkiem dobrymi skutkami) i na wiele innych pokrewnych tematów. Choć pracuję poza granicami kraju i często przyjeżdżam na weekendy,to jednak za każdym razem "zapominałem" zainteresować się prezentem od redakcji Interii. Dopiero latem tego samego roku książka "sama" weszła mi w ręce. Czytałem nie mogąc się od niej oderwać. Po części pierwszej przyszła kolej na następne i po ich przeczytaniu nie mogłem doczekać się wydania kolejnych. Każda z nich wniosła wiele do mojego życia. Wtedy zacząłem też rozumieć, że kilka miesięcy wcześniej nie byłem jeszcze gotowy na przyjęcie nauk z niej płynących. Że wszystko ma swój czas i miejsce. Zacząłem rozumieć, że absolutnie nic nie dzieje się przez przypadek czy zrządzenie losu, a każde zdarzenie w naszym życiu ma jakiś cel, ma nas czegoś nauczyć. Dzięki właściwej analizie i akceptacji tego co się już zdarzyło mamy wyciągnąć wnioski po to, by skierować swoją przyszłość na właściwe tory. I wreszcie to co najważniejsze. Odkryłem przesłanie Siergieja dotyczące Miłości, tej prawdziwej Miłości pisanej z dużej litery. Zrozumiałem, że uczucie, które mi towarzyszy od kiedy sięgam pamięcią wstecz, to jest właśnie Miłość. To jest Miłość do całego świata, do wszystkiego co nas otacza czyli po prostu Miłość do Stwórcy. Wszystko jest Jego częścią, więc nienawiść do czegokolwiek jest nienawiścią do Niego. Że można albo Miłować albo nienawidzić i nie ma stanów pośrednich. Nigdy nie znałem uczucia nienawiści do czegokolwiek, choć otoczenie prowokuje nas byśmy nienawidzili. W prasie, radiu, telewizji i z ambon wtłacza się ludziom do głów podstawowy schemat podziału na rzeczy dobre i złe, na rzeczy lepsze lub gorsze, na ludzi lepszych lub gorszych, co prowadzi właśnie do nienawiści. Wtedy każda inność jest odrzucana i nienawidzona. Wtedy ludzie zaczynają uważać siebie za tych lepszych ze względu na religię, rasę, kolor skóry, orientację seksualną czy choćby kibicowanie ulubionemu klubowi sportowemu a każdy kto jest inny, kto nie myśli i nie czyni tak samo staje się wrogiem. Wrogiem, którego trzeba zniszczyć za wszelką cenę.
Pamiętajmy, że nie ma ludzi gorszych ani lepszych a są tylko inni. Myśli stają się słowami, słowa staja się czynami, czyny stają się przyzwyczajeniami a przyzwyczajenia naszym charakterem. Więc myślmy o wszystkim co nas otacza z Miłością a wtedy po prostu Nią będziemy.

Grzegorz Świętobor Smoliga - Kalisz

 ***

Witam.
Przeczytałam 7 książek wydanych w Polsce. W 2011 zaczęłam pracować nad sobą wg wskazań S.Łazariewa. Wielkie dzięki autorowi. Najbardziej poruszyła mnie pierwsza książka. Byłam na seminarium w Warszawie. Oj, działo się! Czas jakby przyspieszył. W grudniu 2013 diagnoza – Parkinson. Po miesiącu wzięłam się w garść i do roboty. Gimnastyka, dieta "na surowo", przede wszystkim  modlitwa i medytacja. 8 maja w moje 60 urodziny wstałam rano jak zwykle około 04:00 BEZ OBJAWÓW. Drugie narodziny! Nie zmarnuje tej szansy. Pracuje dalej. Wokół mnie zaczęło się dobrze dziać. Rodzina, praca, przyjaciele... trochę do przodu, trochę do tyłu... jeszcze dużo pracy. To jakby super fucha do końca życia.

Teoria/praktyka samoregulującego się pola informacyjnego zebrała wszystkie moje doświadczenia, wiedzę, umiejętności w jeden punkt/system. Dzięki Bogu. Jestem szczęśliwa. Jestem. Pracuję, żyję, kocham – jak umiem. Za błędy – szybko dostaję po głowie. Mniej lub bardziej przyjemne przypominanie – pracuj, bądź uważna.  

Dzięki za pomoc w poszukiwaniu drogi. Staram się, jak umiem, dzielić informacją i zachęcać do wejścia na tę trudną, piękną  drogę. Serdeczności,

Bożena

***

 Moja historia nie da się do końca wyrazić na piśmie. Myślę, że każde zdarzenie ma istotną warstwę, która nie daje się wyrazić/wyjaśnić w żaden sposób i pozostaje w sercach kilku osób. W każdym odmiennie. Jednak bardzo chcę spróbować podzielić się tym kawałkiem mojego życia z innymi.

 Pierwszą część Diagnostyki Karmy dostałam na moje 30 urodziny od mojej mamy. Muszę przyznać, że po przeczytaniu jej podeszłam do tematu bardzo fanatycznie. Starałam się siebie i otoczenie kontrolować poprzez to, co zrozumiałam z tekstu. Wydawało mi się, że rozumiem więcej niż inni. Tymczasem książka ta i jej następne części były kołem ratunkowym rzuconym mi przed nadejściem dramatycznych zdarzeń. Teraz to wszystko mam przed oczami umysłu. Tak właśnie było. Czytałam kolejne książki Siergieja Łazariewa i wracałam do nich w momentach zagubienia i chaosu. Otwierałam tam, gdzie skończyłam lub gdziekolwiek. Zwykle parę zdań pomagało mi właściwie nastawić się do otoczenia. Dawało mi to wielką ulgę.

 W wieku 33 lat z wielkim trudem przebrnęłam przez etap robienia doktoratu - trwający 11 lat czas niekończących się wątpliwości, rezygnacji, i powrotów. Niejasności, dołów psychicznych i generalnie niemożności posunięcia się naprzód. Dzięki książkom zrozumiałam, że moje przywiązanie do intelektu i inteligencji (a także nadzieje pokładane we mnie przez inne osoby) uniemożliwiały mi posuwanie się naprzód. Jednocześnie rozumiałam wewnętrznie, że to co robię jest służbą społeczną i to jest to co mam robić. Niemożność skończenia pracy doktorskiej stała się dla mnie pułapką niemal nie do zniesienia. To było dopiero preludium oczyszczania się z przywiązań do rzeczy i wartości.

 Po ukończeniu doktoratu dano mi wewnętrznie odpocząć przez kilka miesięcy, jak gdyby odespać te 11 lat i w następnej kolejności dostałam się w ręce sekty/mafii. Pozwolicie, że nie podam szczegółowych danych. Przez 10 miesięcy byłam pod wpływem czegoś co mogę nazwać magią, oraz ustawicznej psychomanipulacji, co nie pozwalało mi normalnie funkcjonować. Te rzeczy doprowadziły do ruiny moje finanse i moje zdrowie. W tym czasie także nie mogłam się nikomu zwierzyć, zostałam jak gdyby zakneblowana w tym aspekcie. W momentach otrzeźwienia, gdy pisałam maile z prośbą o pomoc - jakimś dziwnymi zbiegami okoliczności nikt nie odpowiadał. Moja rodzina przez pewien czas błędnie interpretowała zdarzenia i moje nastawienie jako wynikające z moich złych intencji. Mój mąż, mimo nieporozumień między nami, jednak dzielnie trwał przy mnie. Chociaż był zdruzgotany moim zachowaniem - zaczął się domyślać tego co się dzieje.

 W tym czasie miałam sen, że siedzę w klasie jako uczeń i mam zadanie do wykonania. Nauczycielem był Siergiej Łazariew. Miałam uparcie powtarzać coś pisząc, tak jak wiele innych osób. Ja jednak nie chciałam tego robić, bo coś mnie rozpraszało. W końcu zaczęłam przyglądać się Siergiejowi. Wiedziałam, że to zabronione, jednak uparcie patrzyłam na niego. Podeszła do mnie wysoka kobieta, prawa ręka nauczyciela i przydzieliła mi inne zadanie - zamiast pisania 'szukałam obrazów'. Znalazłam jeden obraz, ale znów zaczęłam przyglądać się Siergiejowi. Wtedy kobieta uderzyła mnie. Zaczęłyśmy się szamotać i ta walka mnie wybudziła. To dość dziwny sen i pamiętam go bardzo dobrze. Przyśnił mi się w jednym z najbardziej niebezpiecznych momentów w tamtym czasie. Zrozumiałam, że muszę być cierpliwa, cierpliwość liczyła się wtedy najbardziej. Szukałam w książkach Siergieja modlitw i stosowałam te, które najbardziej pasowały zgodnie z moją intuicją.

 Wkrótce potem straciłam pracę i zostałam bez grosza z długami. W tym samym czasie zaszłam w ciążę i potem poroniłam. Długo czekałam na to dziecko więc głęboko mnie to doświadczyło. To przeżycie jakby dopełniło szalę i zaczęła się ona opuszczać na moją korzyść. Wkrótce zaczęłam trzeźwieć i manipulacyjne oddziaływania sekty zaczęły się odsuwać ode mnie. Broniłam się przed nimi - na początku słabo potem coraz bardziej zdecydowanie. To oczywiście wzbudziło chęć odwetu sekty.

 Wtedy znów przyśnił mi się sen. Siedziałam w pokoju/tramwaju i obok mnie siedział Siergiej. Widziałam go kątem oka, tu także nie wolno mi było na niego patrzeć wprost. Trzymałam na kolanach laptopa i powodowałam umysłem, że zaczął lewitować. Ja jednak nie miałam w tym wprawy  i rozbił się on o ścianę na przeciwko nas. W tym śnie Siergiej powiedział, że sama muszę zrozumieć i opanować moje zdolności parapsychiczne. Widziałam jego dłoń na podłokietniku krzesła i było to bardzo pocieszające - to co powiedział, stanowczy ton i ta dłoń. Mam wrażenie, że ten sen mówił nie o zdolnościach parapsychicznych, a o czymś znacznie głębszym, co musiałam sama zrozumieć i był metaforą.

 Wkrótce po tym jak ostatecznie zerwałam kontakty z sektą zaczął się kolejny koszmar. To bardzo trudno wyjaśnić. Cały czas czułam na karku powiew śmierci. Wiedziałam (lub ktoś chciał, żebym tak myślała), że prawdopodobnie umrę w ciągu miesiąca. Modliłam się. Bardzo bolała mnie lewa pierś i ramię. Czułam, że zginę w wypadku (szybko) lub umrę na raka (wolniej). Czasem w nocy, gdy było wyjątkowo ciężko, korzyłam się przed Bogiem i godziłam na wszystko. Powtarzałam bez końca, że korzę swoje uczucia, myśli, moje ciało, pragnienia, świadomość wszystko czym jestem - przed majestatem Boskiej Miłości. To jak gdyby rozświetlało mnie od wewnątrz i potwory musiały odejść. Czasem pomagało dodatkowo ułożenie ciała w postawie pokory - położenie się na podłodze krzyżem lub klęczenie i dotykanie głową podłogi.

  W międzyczasie dostałam dobrze płatny kontrakt. Wyjaśniliśmy sobie wszystko z mężem i z rodziną. Ucierpiałam nie tylko ja - podobne rzeczy dotknęły w tym samym czasie inne osoby z rodziny. Każdy miał swoje aspekty do przeżycia. Myślę, że wtedy najtrudniejsze było wybaczenie sobie, że coś takiego miało miejsce jakby przeze mnie. To oczywiście także było błędne myślenie i truło mnie strasznie dopóty, dopóki się tego nie pozbyłam uparcie powtarzaną modlitwą.

 Przeżycia powoli wyciszały się we mnie. Moje ciało wracało do zdrowia (anemia i niedożywienie). Minęło kolejne kilka miesięcy pracy nad sobą i składania faktów w jedną całość. Spłacanie długów. Potem jak grom z jasnego nieba znów zaczęły się dziać niezrozumiałe rzeczy - tym razem z moją psychiką. Nagle wpadłam w rozpaczliwą depresję - z dnia na dzień. Nie potrafiłam stwierdzić jednoznacznie co się ze mną dzieje. Moje serce jak gdyby zaczęło żyć swoim własnym życiem - cierpiałam psychicznie okropne męki, nie wiedząc z jakiego powodu. Miałam objawy jakbym się zakochała i chciała umrzeć przez to zakochanie - było to nie do zniesienia. Mój mąż, jak się domyślacie, znów został ciężko doświadczony. Był przekonany, że chcę go zdradzić. Był to klasyczny Chaos, Chaos w samym sednie jak go doświadczyłam: nie wiem dlaczego, nie wiem jak, nie wiem co się ze mną dzieje. Jednocześnie nic nie jestem w stanie zrobić, bo mój związek rozpada się na moich oczach i także nie wiem dlaczego! Dlaczego?? Nic nie mogłam zrobić. Im więcej rozmawiałam z moim mężem tym więcej Chaosu się pojawiało i tym dalej od siebie się odsuwaliśmy. Mąż mówił, że jego wnętrze rozrywane jest na kawałki. Wcale tego nie chciałam! Torturą było widzieć jak ukochana osoba cierpi przeze mnie. Upokorzono wtedy całe moje pragnienie by być dobrą i uczciwą osobą. Nic nie mogłam na to poradzić – to Bóg decydował czy miałam być dobra i uczciwa czy zła i wyrachowana. Patrzyłam na to jakby z góry i zmuszono mnie do dystansu wobec dobra i zła w sobie i w innych ludziach. Znów pomogła modlitwa, uparcie powtarzana i cierpliwość. Gdy złożyłam na ręce Boga wszystko czym byłam, cierpienie męża zmniejszyło się. W modlitwie trzeba było wszystko robić naprawdę. Powtórzenia służyły temu by w końcu za którymś razem zrobić to, co się mówiło naprawdę i przeżyć dogłębnie. Dziwna sytuacja zaczęła się wyciszać i po miesiącu stało się jasne, że oboje pragniemy dziecka.

 Moją opowieść zakończę tym, że miesiąc temu urodziła się nam córka, tak długo wyczekiwana. Musieliśmy pogodzić się z utratą siebie nawzajem i upokorzyć przed niezrozumiałą siłą Boskiej Miłości, by móc dać życie i mieć możliwość opiekowania się dzieckiem.

  Anonim

***

Kochani,

Przez wiele lat interesowałam się tak zwaną duchowością. Czytałam dużo książek, chodziłam na różne warsztaty, wykłady, starałam się żyć blisko natury.

Było to jedynie takie miłe wprowadzenie do tego, co się zaczęło wydarzać w moim wnętrzu i otoczeniu po zetknięciu z książkami Pana Siergieja Łazariewa.

Teraz po kilku latach, mam wrażenie, że wiedza, nad którą pracowałam, wzmogła we mnie jedynie poczucie wyższości. Nie mówię , że to źle, wręcz przeciwnie, bo dzięki temu mogłam ponownie spokornieć.

Już pierwsze doświadczenie z Diagnostyką Karmy było dla mnie wyjątkowe. Książkę poleciła mi wróżka, i dziękuję Bogu za to, że mogłam spotkać tę kobietę. Dziś myślę, że uratowało mi to życie.

Dodam na samym wstępie, że pochodzę z rodziny ateistów, nie mam nawet chrztu (niebawem będą moje 33-cie urodziny i dojrzewam do tego, żeby się ochrzcić). Rodzina od zawsze pielęgnowała we mnie pogląd, że Boga nie ma. I jestem im za to wdzięczna, gdyż dzięki rodzicom, przechodzę drogę poznania samodzielnie, na własny sposób i jest to absolutnie piękne.

Po przeczytaniu kilkudziesięciu stron pierwszej książki, leżałam sobie na trawie, spojrzałam w niebo i spytałam się: Boże, czy ty istniejesz? I wtedy mój partner, tata naszej córki, pokazał mi Boga. Zawołał mnie i mówi: patrz, jaki piękny orzeł lata po niebie!. I wtedy nie miałam wątpliwości. Wiedziałam, że dostałam znak. Poczułam spływającą na mnie ogromną moc i jednocześnie poczułam się malutka. Nie umiem tego opisać dokładnie. Podziękowałam za to, w ciągu sekundy poczułam się zupełnie inaczej niż dotychczas i następnie z wdzięcznością w sercu wróciłam do nowej lektury.

Dwa lata wcześniej nosiłam w sobie życie, byłam w ciąży, w której miałam wiele nieprzyjemności i nie umiałam się właściwie odnieść do tego, co mnie spotykało. Obrazy w pracy, problemy ze strony kobiet, poczucie własnej wyższości, mogłabym wymieniać godzinami.

Gdy przyszedł termin porodu, córka rodziła się 44 godziny. Nie umiałam jej urodzić. Poród przebiegał z ogromnymi komplikacjami. W końcu córka urodziła się z zapaleniem płuc, obrzękiem na mózgu i zatruciem krwi. Teraz już wiem, że to zapewne przez zwiększoną pychę i to jej uratowało życie. Wiem, że ten poród był następstwem mojego odnoszenia się do życia i losu w trakcie ciąży.

Po jakimś czasie pojawiły się u mnie problemy finansowe, wynikające z mojego trybu życia w przeszłości. Później miałam problemy z nawracającym zapaleniem ucha i wypadającymi włosami, zaburzoną gospodarką hormonalną, zespołem policystycznych jajników, następnie stwierdzono u mnie bezpłodność oraz pałeczkę ropy błękitnej.

Gdy trafiłam na Diagnostykę Karmy, zobaczyłam, że wszystkie fakty łączą się w pewną całość. Zaczynam powoli dostrzegać, co powodowało moje stany chorobowe.

Nie ma we mnie paniki i bezradności, gdy spotyka mnie choroba, gdyż zawsze wiem, że wszystko, co mi się przytrafia, jest wolą Boską. Staram się w każdym człowieku widzieć Boga. Wiem, że mam jeszcze ogromną drogę do przebycia i nie mogę się zatrzymać, bo jak osiadam na laurach i żyję w poczuciu własnej doskonałości- co mi się regularnie zdarza, gdy jesteśmy wszyscy zdrowi i szczęśliwi – zaczynają się nieprzyjemności :)

Wiem, że ścieżka, na którą weszłam jest wielką odpowiedzialnością za mój własny los, za moją rodzinę, moich przodków i potomków.

Co chwilę wypływają na powierzchnie nowe brudy, nowe przywiązania, myślę, że skoro trafiłam na Diagnostykę Karmy, to nie bez powodu, mam szansę się zmienić i być bliżej Boga, pomóc rodzinie i światu się uzdrowić. Jest nas wszystkich coraz więcej.

Pierwsze wyniki pracy nad sobą już są widoczne. Moi rodzice zaczęli się uśmiechać i mówić sobie słowo „kocham”, zaczęli się zdrowo odżywiać, a ja w końcu mam poczucie, że rodzina, z którą dorastałam zaczęła być dla siebie bliska. Mamy za sobą wiele traumatycznych przejść i jakoś udało nam się przetrwać.

Moja córka zaczęła mniej chorować, a była bardzo chorowita, faszerowana antybiotykami.

Mówię jej codziennie, że najważniejsza jest miłość, że nie obrazy na innych i złe myślenie powodują są przyczyną wielu chorób. Córka ciągle śpiewa, kocha przyrodę, zupełnie inne dziecko. Dużo maluje a na rysunkach widać uśmiechniętą rodzinę, przyrodę.

Jak zaczyna się przewracać na kolanka, to wiem, że przez swoją pychę niedługo się rozchoruje, więc staram się ukierunkować ją dobrze, zanim choroba się zacznie.

Moje życie nie jest jedną wielką sielanką, ale naprawdę, dzięki wszystkim nieprzyjemnościom, które dane było mi przeżyć, jestem tu gdzie jestem i jestem szczęśliwa. Czuję szczęście. Miewam dni zwątpienia. Ale wiem, jak doprowadzić się do porządku. Wiem, że nie jestem sama :)

Zastanawiam się czasami, czy prawidłowo pracuję nad sobą i czy w ogóle moje starania są wystarczające, żeby się zmienić. Pewnie każdy takie wątpliwości ma.

Pewnie nie umiem jeszcze przezwyciężyć swojego przywiązania do rodziny, do idealizmu, duchowości. Wiem, że mam wszystkie z możliwych przywiązań – nie dałabym rady przytoczyć wszystkich przykładów w jednym liście.

Ale mam nadzieję, że jeśli ktoś to przeczyta, to zobaczy, że małymi kroczkami, można zmienić siebie, swój charakter. Mam nadzieję, że moja dusza chociaż trochę się oczyściła i jest odrobinę bliżej Boga. Wiem, że w życiu zgrzeszyłam, można nawet powiedzieć, że byłam złym człowiekiem. Ale wiem, że to było mi potrzebne, czasami czułam, że nie potrafię postępować dobrze, że coś mnie powstrzymuje i dopuściłam się wielu złych uczynków, lecz dzięki temu mam szansę pracować nad sobą. I staram się nie gardzić sobą, mimo że wiem, że nie potrafię zawsze postępować właściwie. Ale nie można w ciągu chwili naprawić tego, co się psuło przez całe swoje życie

Wraz z moim narzeczonym czujemy, że moglibyśmy mieć drugie dziecko, wcześniej czułam, że jest nam to zablokowane. Pokonałam bez leków część problemów hormonalnych. Wierzę, że dusza mojego przyszłego dziecka jest już blisko.

Wielu osobom poleciłam czytanie książek Pana Siergieja Łazariewa, wiele osób przychodzi do mnie po porady, odsyłam ich do książek, bo sama nie czuję się upoważniona, żeby mówić, co mają robić, dopóki się nie doprowadzę do porządku. Wiem, że chciałabym pomagać w przyszłości ludziom i dodawać im otuchy. Dzięki książkom Pana Siergieja, udaje mi się naprawiać relacje w rodzinie, pracy. To dodaje sił.

W moim życiu coraz więcej osób chce pracować nad sobą i to daje nadzieję, że jest szansa dla naszej cywilizacji na przetrwanie.

Chciałabym okazać swoją wdzięczność za to, że mogę czytać Diagnostykę i słuchać wykładów Pana Łazariewa. Przeczytałam siedem części Diagnostyki Karny, część ósmą dostanę na urodziny. To jest najpiękniejszy prezent.

Pragnę również przekazać wszystkim: nie lękajcie się powierzyć swoje dusze pod opiekę Boga. Nie lękajcie się kochać  i nieść dobro.

Pozdrawiam,

Anna

***
 
Szanowni Państwo
 
Mam świadomość tego, iż ów list winien być pisany przez osobę, której życie odmieniło się dzięki Diagnostyce Karmy. Jednakże to będzie nieco inny list... Chciałabym bowiem napisać o osobie, której życie się odmieniło, a mianowicie o mojej mamie. Choć nigdy nie interesowałam się ową tematyką w takim stopniu, jak pasjonowało to - i nadal pasjonuje - moją mamę, jestem świadoma treści, które niesie ze sobą Diagnostyka. Nie czuję jednak potrzeby, przynajmniej nie na tym etapie życia, by sięgać po książki Siergieja Łazariewa. Ale nie piszę tu o sobie. Wiem, jak te wartości i idee wpłynęły na osobę, która jest dla mnie najbliższa w życiu. Moja mama nigdy nie zdecydowałaby się napisać takiego listu, i nic dziwnego. Ciężko jest napisać o czymś, co można zrozumieć jedynie na poziomie ponadzmysłowym. Dobrze pamiętam czas, kiedy była zagubiona. Ze sobą, ze swoim życiem... I równie dobrze pamiętam ten moment w naszym życiu, kiedy sięgnęła po Diagnostykę Karmy. Pamiętam to... Już po przeczytaniu pierwszej części coś zaczęło w niej kiełkować, zmieniać się, dojrzewać. Niemalże od razu sięgnęła po kolejne części, coraz więcej rozumiejąc i coraz więcej dostrzegając. I choć nigdy nie czułam się na siłach, by samej sięgnąć po Diagnostykę, wystarczało mi to, co moja mama zdołała mi przekazać. I we mnie, muszę się przyznać, zaczęło coś kiełkować. Prawdę mówiąc, Diagnostyka Karmy niczego nowego w nas nie zasiała... To wszystko już tam tkwiło, cała prawda i świadomość, którą wystarczyło rozbudzić i pokierować. Taką mądrość można czerpać, jak już zdążyłam się przekonać, z niemalże wszystkiego, co ma swoje źródła u korzeni, co ma połączenie z naturą. Mistycyzm, Indianie, bezpośredni kontakt z własnym wnętrzem i rozwój duchowy... Prawda dobywa się z wnętrza każdego człowieka, choć nie każdy jest tego świadomy. Właśnie ta prawda, i świadomość, którą rozbudza Diagnostyka, zdołała uczynić życie moje i mojej mamy lepszym. Teraz obydwie patrzymy na świat inaczej. Można by rzec, z innej perspektywy niż dotychczas. Nie jest to historia ozdrowienia ani kompletnego przebudzenia. Od dziecka jestem przyzwyczajona do takiego życia i do postrzegania świata w taki sposób. Moja mama również ma to w sobie, od zawsze miała. Wystarczył ten bodziec, by na nowo odżyła, by pozwoliła sobie na patrzenie na świat z perspektywy, którą wcześniej zduszała w sobie. Nie jest to historia radykalnej zmiany światopoglądu, nie dla mnie. Ale dla mojej mamy, te książki, Diagnostyka Karmy, były wszystkim, i nadal są, wszystkim czego potrzebowała by zacząć znowu żyć. To historia o tym, jak zbłąkana dusza odnalazła spokój, o tym, jak umysł został napełniony błogością wiedzy i świadomości, którą można czerpać z Diagnostyki. W przeciągu tych lat trudno jest mi szukać granicy, która niegdyś dzieliła moją mamę od tego, czego zawsze pragnęła i do czego dążyła. Teraz ta granica jest zamazana, właśnie dzięki Diagnostyce. Dzięki tym książkom stała się inną osobą, pojawiły się wyraźne cele w jej życiu, i nareszcie, po tak wielu latach niepewności i nieszczęść, doświadczyła harmonii. Teraz żyje w zgodzie ze sobą, świadoma możliwości, jakie daje jej wewnętrzna siła. Nie mogę wyobrazić sobie naszego obecnego życia, gdyby nie Diagnostyka Karmy. W pewnym sensie, te książki potrafią uratować niejedno życie i przywrócić wiarę w siebie, w innych, w życie i w świat. Sądzę, iż każdy, w pewnym momencie swego życia, powinien sięgnąć po Diagnostykę Karmy. Dla mnie nie nadszedł jeszcze ten czas, ale nadejdzie, jestem tego pewna. 

Angela S. 
 

© 2014 Satja Juga. Wszystkie prawa zastrzeżone.

Click Shop | Hosting home.pl